500 kilometrów w siodle – Tatry, Fatman i droga
Czasem nie chodzi o cel, ale o to, jaką drogą się do niego zbliżasz. Miał być Beskid Wyspowy. Miał być widok na Tatry. I był. Ale przede wszystkim była jazda. Prawdziwa – ta z kurzem w zębach, potem na karku i motocyklowym drżeniem kręgosłupa. Dwa dni, 500 kilometrów. Ja i Fatman – mój testowany towarzysz podróży. Ciężki, pewny siebie, stworzony do takich tras. Obok – Larry, może najbardziej charakterystyczny Harleyowiec z południa Polski, człowiek, który zna smak drogi jak mało kto. Wyruszyliśmy razem, z Jury, zostawiając za plecami równiny, by sprawdzić siebie na beskidzkich wzgórzach.
Pierwszy dzień to Wieża widokowa Dosłońce, słońce w zenicie i asfalt rozgrzany jak patelnia. Głowa chłodna, maszyna równa, wszystko grało. Beskid Wyspowy przywitał nas swoim charakterystycznym rysunkiem – odosobnione szczyty jak wyspy w morzu zieleni. Fatman podjeżdżał pod nie jak czołg z duszą.
W Limanowej rzeczywistość przyspieszyła – nagły pościg, sygnały, ulice pełne służb. Chwila napięcia, może i adrenaliny. Ale ja nie po to ruszyłem w trasę. Białego Krzyża nie udało się zobaczyć – może to znak, by wrócić innym razem, z inną intencją. Wieczorem – nocleg. Skromny, samotny, pod cmentarzem, gdzieś za Limanową. Taki parking duszy. Cicho. Przejmująco. Prawdziwie.
Drugi dzień – Tatry we mgle poranka, a potem już tylko słońce, pot i zjazdy wśród szczytów. Pierwszy widok – pocztówkowy. Tatry od wschodu. Chwila ciszy. Zatrzymujesz motocykl. Oddychasz. I to wszystko, co miało być celem – właśnie tu jest. Nie potrzeba więcej.
Zjeżdżam do Krościenka, potem wzdłuż Dunajca, przez Czorsztyn – trasa jak ze snu. Gładki asfalt, zakręty jak wycięte z symfonii. To droga, w której nie trzeba słów – silnik mówi wszystko. Dalej przez Poronin i Bachledówkę – miejsce, które wygląda, jakby ktoś zatrzymał tam czas na chwilę tylko dla ciebie.
Powrót przez Gorce. Gorąco – ponad 30 stopni, ale to już nie ma znaczenia. Przystanek w Jordanowie – znam go dobrze z mojego GSB 2022. Wtedy szedłem pieszo, z plecakiem, dziś – na siodle, ale ta sama potrzeba w środku: być w drodze.
Ostatnie kilometry przez Chrzanów i zjazd do Kustosza, do jego świętego miejsca – Harleyowni. Gdzie każda śruba ma swoją historię, a kawa smakuje jak rozmowa po długim milczeniu.
Dwa dni. Pół tysiąca kilometrów. Kilkanaście punktów widokowych. Dziesiątki zakrętów. I ta jedna pewność: jeśli czegoś szukasz, znajdziesz to na trasie. Tylko daj sobie czas i wolność.






Komentarze
Prześlij komentarz