🏍️ „Fatman” — moje 500 km przez Polskę
To był w końcu ten dzień, na który pracowałem pół roku – książki o Harleyach, siłka, ciuszki, kaski, finanse… W sobotę o 9:00 miałem być w Bydgoszczy u Tomka, odebrać mojego wymarzonego Fat Boya (albo raczej Fatmana, jak go ochrzciłem).
Dzień –1
Zacząłem od małego dramatu. Chwila refleksji, biorę to na klatę i postanawiam: PKP. Spakowałem namiot, kask i powerbanki. Mama podwiozła mnie do miasta, potem bus do Katowic, pociąg prosto do Bydgoszczy. W wagonie – prąd, wygodne siedzenia, ciekawa książka, social media i woda. Planowałem spać 1-noc pod namiotem przed odbiorem, więc trzeba było się przygotować 😉Rozbiłem biwak przy drodze: miękki jak materac mech, szum autostrady i samolotów z pobliskiego lotniska. Zmęczony zasnąłem od razu.
Następny poranek – ok. 5:00
Obudziły mnie śpiewy ptaków i biała noc. Szybka toaleta, papierosek, zwinięcie namiotu. Słońce wstawało po lewej, pomarańczowo, rozświetlając horyzont lasu. Zjadłem śniadanie pod sklepem o uroczej nazwie - "rogalik", potem na przystanku na ławeczce czekanie na 9.00 – słońce i chmury na zmianę, tak w sam raz. Obejrzałem na ytbie wywiad z Ziemkiewiczem. Przeczekałem do 8.00 i ruszyłem.
Odbiór Fatmana
Nie mogłem uwierzyć, że to już ta chwila. Tomek otworzył bramę pilotem, garaż z trzema maszynami się ujawnił — a wśród nich On, mój Fatman. Szybka kawa (bez śniadania, bo byłem już pełny), krótki serwis: nowa lampka przednia, tulejki, sakwy, uchwyt na telefon, magnetyczny powerbank. Dopompowaliśmy powietrza w oponach (2 bar przód, 2.2 bar tył), pożegnaliśmy się – i jazda. Pierwszy "foltank" za wsią za ok. 70 zł, i w drogę.
Droga – 400 km po Polsce
Z początku próbowałem wdrożyć technikę jazdy – pozycja, balans, głośny tłumik, który dawał mi przewagę w korkach („loud pipes save lives”), 30 °C, niesamowite widoki, przystanki co ok. 50 km na chłodzenie, bo silnik parzył pod tyłkiem. Olej był jeszcze brązowy – wszystko działało jak należy.
Mijałem wsie, stragany z truskawkami, maleńkie ryneczki, kościoły, lasy, pola, nawet odkrywkę. Spotykałem bikerów jadących na zlot – salut, LWG! Na stacjach Harley robił furorę – kopali się po szybciej zdejmowany kask, bo głowa puchła od upału i hałasu.
Częste postoje na uzupełnienie płynów, bo nawet najprostsze błędy dawały znać — z każdą jazdą czułem się coraz pewniej: dojrzały jeździec za sterami. Fatman nie zawiódł – idealny balans, ani razu nie zgasł – to ja musiałem się wyprostować, poprawić swoje błędy.
Ostatnie metry
Larry – doświadczony harleyowiec – zadzwonił: czeka lemoniada. Nie jade jeszcze do domu, lecz do Olkusza! Ostatnie kilometry mijały jak w mgnieniu oka. Spotkania z bocianami na gniazdach, policji mało, zero dzików.
Wieczorem, po zmroku, byłem u bram w Pazurku: “Udało się! Jestem z siebie i z motocykla dumny”.
Tak pokonałem pół tysiaca kilometrów na moim Fatmanie – Fat Boyu 2005. Opłacało się: adrenalina, wolność, krajobrazy i ciągły rozwój umiejętności. Właśnie tego potrzebowałem – i dostałem. Szerokości i LWG!




Komentarze
Prześlij komentarz