Wyruszyłem spod Pazurka, cel – Olkusz. Droga piękna, wiatr w kasku, a w myślach już Ojców i jego urokliwe zakamarki. Nagle, na zjeździe z górki, motocykl… milknie. Zero reakcji. Toczę się bezsilnie, aż ląduję w krzakach. Zsiadam, a tu jeszcze stopę łapię o coś – idealny przepis na stratę dobrego humoru.
Rozglądam się – może ktoś się zatrzyma? Ale gdzie tam… Trzy motocykle przejechały, żadnego LWG, zero reakcji. Mżonki o braterskiej pomocy rozwiały się jak dym z gaźnika.
I wtedy – cud. Zatrzymuje się taksówka, a w niej starszy pan. Okazuje się – emerytowany policjant. Z miejsca zgadza się pomóc. Wskakuję, jedziemy po karnister paliwa. Po drodze kilka historii o ruskiej mafii, które brzmiały jak scenariusz do filmu sensacyjnego z lat 90.
Wracamy, wjeżdżamy do lasu. Nalewam paliwo do baku… chwila prawdy… przekręcam kluczyk – odpalił! Ufff.
Wracam na trasę, a głowa już wolna od stresu. Ojców przed nami, droga znów piękna, tylko w pamięci została ta lekcja: czasem braterstwo motocyklistów to mit, ale życzliwość może przyjechać… taksówką.
Komentarze
Prześlij komentarz