Są takie dni, kiedy słońce daje tej specyficznej energii, która sprawia, że znane na pamięć widoki otwierają się przed nami szerzej niż zwykle. Dzisiejsza niedziela była właśnie taka.
Zaczęło się od kawy w Olkuszu. Wyprowadziłem z garażu moją "motorynkę" – przy moich obecnych gabarytach Yamaha SR500 może i wygląda pod mną filigranowo, ale obcowanie z nią to czysta przyjemność.
Plan?
Moja ulubiona trasa "wokół komina": Chrząstowice, Bydlin i obowiązkowo Czubatka.
Piach, winkle i pustynny wiatr
Warunki? Marzenie, choć z nutką niepewności. Jasne słońce i suchy asfalt zachęcały do odkręcania, ale pozimowy piach na winklach przypominał, że trzeba zachować czujność. Na punkcie widokowym nad Pustynią Błędowską spotkałem paru turystów, ale tym razem nawet nie gasiłem silnika – i jak się później okazało, to była świetna intuicja.
Rytuał kawy i walka z maszyną
Powrót do Olkusza, wjazd na Rynek. Tym razem zamiast Sofa Cafe wybrałem tę drugą kawiarnię. Punkt 11:00, byłem pierwszym klientem. Młoda kelnerka podała idealne cappuccino i piernik. Chwila relaksu, słońce w twarz... i nagły powrót do rzeczywistości przy próbie odpalenia.
Scenariusz, który zna każdy posiadacz singla:
- * Próba odpalenia – nic.
- * Próba "na pych" – zjazd z Rynku aż na Kazimierza Wielkiego i... dalej nic.
- * Zalana świeca, stoczenie się na targ, potem pod wiadukt.
- * Efekt? Jestem zapocony, poirytowany, a motocykl milczy.
W takich chwilach mam swoją procedurę: zejdź z maszyny, daj jej 15 minut, oddychaj. Gdy temperatura oleju nieco spadła, wróciłem do kopniaka. Laweta nie była potrzebna! SR-ka zagadała, jakby nagle obudziła się z insulinooporności, i poszła jak dzik. A potrafi być zrywna, oj potrafi.
Finał w stylu Tracker'a
Miasto było puste. Obwodnica, trzy światła i rondo – wszystko poszło gładko. Ponieważ auta strasznie się ślamazarzyły, odbiłem z DK na Podlasie. Minąłem kolarzy, minąłem Pazurek...
Komentarze
Prześlij komentarz